Cień Sprzedawcy Snów (nowa wersja) – rozdział I część II



      Marcina nękałnumer rejestracyjny samochodu Zeny. Mógłby dzięki niemu uzyskaćcenne informacje, ale czuł, iżuznałaby to za nadużycie zaufania. Bałsię, że w końcu nie wytrzyma i jąsprawdzi, więc na wszelki wypadek wyszedłz pokoju. Poszwendałsiępo komisariacie i poszedłdo domu. Tam teżgo nosiło, nie mógłsięna niczym skupić. Wreszcie za piętnaście szósta wyszedłz domu. To nie byłmądry pomysł– przyszedłza wcześnie i musiałczekaćprzy barze. Przypomniałsobie zdjęcie w komórce i żeby zabićczas, zacząłmu sięprzyglądać. Kiedy barman postawiłprzed nim colę, odłożyłna moment telefon i sięgnąłpo portfel. Uiściwszy żądanąkwotę, znów spojrzałna zdjęcie. W leżącym na barze telefonie Zena wyglądała tak, jakby teżleżała, a kąt padania świata rozmywałjej twarz, nakładając na niążne cienie. Wtedy cośmu błysnęło w pamięci, ale jeszcze nie byłpewien. Nie myśląc jużo prawie Zeny do prywatności, wybrałnumer kolegi wpisanego w kontakty jako Ender. Włączyła siępoczta głosowa.
      – Cześć, Konrad. Zaraz wyślęci zdjęcie, sprawdź, czy ci kogośnie przypomina. Oddzwoń.
      Wysłałzdjęcie i jednym haustem wypiłcolę. Miałnadzieję, że sięmyli.
     Potem jużnie myślało zdjęciu i Enderze, bo przyszła Zena i całkowicie nim owładnęła. Później ledwo mógłsobie przypomnieć, co jedli, o czym rozmawiali… Sam nie wiedział, jak to sięstało, że znaleźli sięna parkiecie, że tuliłjąw ramionach…
     – Chodźmy stąd – powiedziała nagle. – Chcębyćz tobąsama.
     Całowali się, idąc do samochodu, potem w samochodzie, potem musiała zjechaćna pobocze, żeby znów sięmogli całować.
    – Co za cholernąsukienkęmusiałaśubrać– marudził. – Jakbym nie próbował, ciągle access denied. Nie dość, że przylega jak druga skóra, to jeszcze te pieprzone guziczki! Jak ty z tego wychodzisz?
     – To jest sukienka na rozbieranąrandkę, musisz wykazaćsięinwencją!
     – Rozum mi sięzawiesiłi mogęmyślećtylko o jednym. Nawet nie wiem, dokąd mnie wieziesz. – Próbowałrozeznaćsięw okolicy, lecz w światłach samochodu widziałtylko drzewa rosnące po obu stronach drogi.
     – Na manowce, czyli do mnie. Minęliśmy Czarne, teraz jedziemy na Równe.
     Pomyślał, że kontakt z tąniepokojącąkobietąmusiałmu odebraćrozum w większym stopniu, niżpodejrzewał, skoro w mijanych widokach nie dostrzegłnic znajomego, nie zauważył, iżjest prawie u siebie. Jeszcze trochę, a gotów nie rozpoznaćrodzinnego domu.
     – U kogo tam mieszkasz? – spytał, bo Zena na pewno nie była wiślanką. Uznał, że przyjechała z wizytądo kogośz rodziny.
     – U siebie. I nie na Równem, tylko obok. Nazywająto miejsce „Za krzywym skoruszniokiem”, nie pytaj mnie dlaczego.
    – Wiem, gdzie to jest. Tam rośnie taka wielka krzywa jarzębina, czyli skoruszniok. Nie wiedziałem, że ty to kupiłaś.
     – To co z ciebie za policjant?
     – Otumaniony tobą.

     Wchodząc do domu, Zena dziękowała wszelkim mocom, że Dominik wyjechał. Zastanawiała sięteż, czy nie ma gdzieśna widoku śladów jego istnienia. Uznała, iżmoże bezpiecznie udawaćsamotnie mieszkającąkobietę, gdyżwszystkie przedmioty pozostawione przez niego w widocznych miejscach z powodzeniem mogła przedstawiaćjako swoje, nawet ubrania syna od biedy na niąpasowały. Gorzej z butami, ale przecieżMarcin nie będzie grzebałw ich szafce na obuwie.
     Z westchnieniem ulgi wsunęła sięw jego ramiona. Tylko ten jeden raz, potem ich drogi sięrozejdąi jej sekret pozostanie sekretem.
     Marcin znów walczyłz sukienką, oczywiście bez powodzenia. Zena miała mniej problemów z jego koszulą, po prostu szarpnęła mocno i guziki rozprysnęły siępo przedpokoju.
     – Spryciara – szepnąłjej w ucho. – Ja teżtak mogę? – Nie czekając na odpowiedź, chwyciłdwiema rękami materiałtużprzy guziczkach i podobnie jak ona mocno szarpnął. Ku jego zaskoczeniu guziki ani drgnęły, natomiast sukienka z cichym chrzęstem podzieliła sięna dwie części. – Naprawdęspryciara. – Rozsunąłdo końca zamek błyskawiczny ukryty przemyślnie pod guzikowąlistwą. – Ten, kto to wymyślił, powinien dostaćNobla.
     – Na pewno doceni twąpochwałę– roześmiała się, wysuwając ręce z rękawów sukni.
     Nie odpowiedział. Po prostu wziąłjąna ręce i ruszyłw głąb domu.
     – Gdzie? – Przystanąłprzed pierwszymi drzwiami.
     – Następne – szepnęła, całując go w ucho.
     Nacisnąłłokciem klamkęi wszedłdo środka. W półmroku dostrzegłpod oknem łóżko z nieco rozgrzebanąpościelą. Podszedłi rzuciłswój ciężar na sam środek.

     Leżeli w milczeniu wtuleni w siebie. Wreszcie Marcin z westchnieniem zsunąłsięz niej i ułożyłobok.
     – Za kilka lat, kiedy jużodzyskam władzęw nogach, pójdępo cośdo picia – jęknął.
     – A ja zapalę. O ile moje płuca jeszcze funkcjonują.
     Znów leżeli w milczeniu. Mężczyzna leniwie bawiłsięjej włosami, wreszcie wstałi nagi poszedłdo kuchni. Wróciłpo chwili z papierosami i colą. PodałZenie szklankę, potem papierosa. Sam teżzapalił, przysiadając na łóżku i spojrzałna niąpoważnie, bez uśmiechu.
     – Musimy porozmawiać. Strasznie nie lubię, jak ktośrobi ze mnie idiotę.
     – Co sięstało? – spytała, czując nieprzyjemny ucisk w żołądku. Chyba nie poszło tak gładko, jak planowała.
     – To sięstało, że byłaśdziewicą!
     – Zdawało ci się– mruknęła. Starannie unikała patrzenia mu w oczy. – A jeśli nawet, to czy to jest w Polsce karalne? Czy każda kobieta musi obligatoryjnie tracićcnotęprzed trzydziestką? Może ja ślubowałam czystość?! – Wiedziała, że mówi bzdury, ale jego potępiające spojrzenie wyprowadzało jąz równowagi.
     – Dlaczego teraz?
     – Może nikt przedtem mi sięnie podobał!
     – Pochlebiasz mi, Zeno. Jesteśdokładnie takąkobietą, jakąsobie wymarzyłem… – Zauważył, że odprężyła się, a na jej ustach zagościłnieśmiały uśmiech. – …i kłamiesz!
     Uśmiech zniknął.
     – Dlaczego tak uważasz?
     – Zeno, w restauracji pytałem cię, czy masz kogoś. Odpowiedziałaś, że jesteśwolna jak ptak.
     – Bo jestem.
     – A Dominik?
     Krew odpłynęła z jej twarzy. Zagryzła nerwowo usta, wpatrując sięw Marcina wielkimi, przerażonymi oczami.
     – Skąd wiesz o Dominiku?
     – Widziałem was. I słyszałem. Mówiłdo ciebie „mamo”!
    – Myślałam, że pytając, czy mam kogoś, miałeśna myśli męża, kochanka czy cośtakiego. Dominik to co innego, on jest moim dzieckiem! Nie musiałam o nim mówić. Nie okłamałam cię! Po prostu nie powiedziałam wszystkiego! – wyjaśniła, łudząc sięjeszcze, że on siętym zadowoli, że nie będzie drążyłdalej.
     – No właśnie! – warknął, czując, że ma ochotęwalnąćpięściąw ścianę. – Dalej nie mówisz wszystkiego. Po dwóch tysiącach lat kolejny przypadek niepokalanego poczęcia?!
     – Nawet tu, w Wiśle, musieliście słyszećo adopcji! – Użyła ostatniego argumentu, podświadomie czując, że nie na wiele sięto zda.
     Marcinowi opadły ręce. Zena wiła sięjak piskorz, wymyślała coraz to nowe wymówki. Poczułzniechęcenie. Jaki byłsens dochodzićprawdy, skoro ona nie potrafiła byćz nim szczera?
     – Jest do ciebie tak podobny, że mógłby cięudawaćprzy kontroli paszportowej. – Spojrzałna niąze smutkiem i sięgnąłpo ubranie. – Pójdęjuż. Szkoda. Miałem nadzieję, że to będzie coświęcej niżtylko seks, choćby nawet tak doskonały.
     Kiedy zapinałspodnie, zadzwoniłjego telefon. Wyjąłaparat z kieszeni i odebrałpołączenie, nie spojrzawszy nawet na wyświetlacz.
     – Czego? – warknąłdo słuchawki.
     – Tu Konrad, musimy pogadać.
     – Dobra, zadzwońźniej.
     – Teraz! To zdjęcie… Pamiętasz SprzedawcęSnów?
     – Kurwa! Tak mi chodziło po głowie, że to wtedy jąwidziałem, dlatego wysłałem ci jej zdjęcie! – Marcin kątem oka spojrzałna wpatrującąsięw niego Zenę. – Nie chciałem grzebaćw aktach, a wiedziałem, że ty na pewno pamiętasz.
     – Dobrze ci chodziło i dobrze pomyślałeś. Skąd masz to zdjęcie? Bo na nim ona jeszcze żyje!
     – Oczywiście, że ona żyje. Właśnie jestem w jej domu.
     Zena patrzyła na mężczyznęw osłupieniu. Miałjej zdjęcie, mało tego, on komuśje pokazał. Zastanawiali się, czy ona żyje? Czy oni na pewno sąnormalni? Słyszała, że Marcin objaśnia temu komuś, jak do niej dojechaći mówi, że będączekać. Wreszcie sięrozłączyłi sięgnąłpo koszulę, Przez chwilęsiłowałsięz nią, usiłując zapiąćnieistniejące guziki, wreszcie, zauważywszy, co właściwie próbuje zrobić, wzruszyłramionami i wepchnąłluźne poły w spodnie. Dopiero wtedy spojrzałna obserwującągo w milczeniu kobietę.
     – Ubierz się, Konrad jużdo nas jedzie. Musimy pogadaćwe trójkę.
     – Jaki Konrad?
     – Mój kolega, gliniarz z Cieszyna.
     – Co on ma wspólnego ze mną? To jakiśżart czy co? O tej porze będzie składałwizyty?! – Czuła, że kompletnie przestała panowaćnad sytuacją. Nie było to przyjemne uczucie. Ostatni raz doświadczyła go czternaście lat temu, lecz ciągle jeszcze pamiętała swąbezradność. Wtedy przysięgła sobie, że nigdy więcej nie pozwoli, by ktośdecydowałza nią. – Nie ma mowy! Nie zgadzam sięna odwiedziny obcego człowieka w środku nocy. Możemy spotkaćsięjutro.
     – Sorry, ale to nie może czekać. Poza tym, jak może pamiętasz, przyjechałem tu z tobą. Jak według ciebie mam wrócić? Nie mam ochoty dymaćpo nocy piętnaście kilometrów. Tu jest las i jest ciemno – spojrzałna Zenęz udawanym przerażeniem – mogęzabłądzić. A jak mnie cośzeżre? Podobno tu sąsarny!
     Roześmiała się, chociażwcale nie było jej wesoło.
     – Skąd miałeśmoje zdjęcie? – spytała znienacka.
     Marcin sięspeszył.
     – Zrobiłem je, kiedy siedziałaśw ogródku z Dominikiem.
     – I wysłałeśje temu Konradowi. Po co?
     – Dowiesz się, jak przyjedzie – odparł, chcąc odwlec niezbyt przyjemnąrozmowę. – Nie ma sensu tego wszystkiego potem powtarzać.
     – Nie powiedziałeśmi, że zrobiłeśmi zdjęcie. Nie zapytałeś, czy możesz je komuśwysłać. Jak to sięma do twojej prawdomówności?
     – Przecieżcięnie okłamałem, po prostu… – urwałi popatrzyłna Zenę.
     – No właśnie! Zrobiłeśdokładnie to samo co ja, nie powiedziałeśwszystkiego.

Dodaj komentarz

Close Menu