Ingar Johnsrud – Straceńcy

 

Straceńcy

Autor: Ingar Johnsrud 


Fredrik Beier mimo upływu lat ciągle nie może pogodzić się ze śmiercią syna. Czuje się winny, a skoro jest wina, musi być i kara. I karze bez umiaru sam siebie rozmyślaniami o nieżyjącym dziecku, a potem tłumi winę alkoholem i lekami psychotropowymi, aż doprowadza się do takiego stanu, że pewnego dnia budzi się w szpitalu z totalną pustką w głowie. Nie wie, skąd się tam wziął, nie pamięta, co robił przed utratą przytomności.

        Beier nie ma jednak czasu na rozczulanie się nad sobą, czeka go bowiem śledztwo, i to w dodatku śledztwo, które nie będzie łatwe i proste, lecz wyjątkowo skomplikowane, najeżone pułapkami, mylnymi tropami i przeszkodami w postaci znikających dokumentów. Fredrik Beier nie ma więc innego wyjścia jak ukryć głęboko w podświadomości nękające go demony i wraz ze swoją koleżanką po fachu, Kafą Iqbal, poświęcić się całkowicie pracy.

Wkrótce przekonują się, że tropy wiodą ich daleko w przeszłość, do tajnej jednostki specjalnej, która w 1992 roku przeprowadziła operację na półwyspie Kolskim, wykorzystując osłabienie Rosji po upadku ZSRR.


Niewątpliwie największym atutem „Straceńców” jest para głównych bohaterów.

Z jednej strony mamy tu Fredrika Beiera, o którym wiemy praktycznie wszystko. Ta postać jest dla nas tak przejrzysta jak wielokrotnie oglądany pejzaż. Wiemy o jego słabościach, znamy jego sympatie i antypatie, co nie znaczy, że Beier nie ma szans nas zaskoczyć. Kilkakrotnie, kiedy już doprowadził mnie niemal do szału i miałam nieodpartą ochotę solidnie nim potrząsnąć, żeby wreszcie przestał użalać się nad sobą i zawalczył z losem o swoją przyszłość, Fredrick robił coś, co nakazywało mi całkowicie przewartościować osąd.

Jego partnerka, Kafa Iqbal, jest całkowitym przeciwieństwem Beiera, i to nie tylko dlatego, że nie okazuje żadnych słabości, prąc do przodu bez oglądania się na boki, bez zbędnych dylematów i gdybań. Jest postacią różną od Baiera także dlatego, że o niej z kolei nie wiemy zgoła nic. Kafa jest policjantką i muzułmanką, i to w zasadzie jest wszystko, co autor nam przedstawił. Reszta pozostaje w sferze domysłów.

Drugim ważnym atutem powieści jest sposób skonstruowania fabuły. Ingar Johnsrud wykonał tu prawdziwy majstersztyk, tworząc z zagadki kryminalnej coś na kształt chińskich pudełeczek. Gdy tylko wydaje nam się, że wreszcie coś zaczyna się wyjaśniać, odkrywamy ukrytą w poprzedniej, kolejną tajemnicę. Zagadka w zagadce, a tej zagadce kolejna zagadka.


„Straceńcy” to bardzo dobra powieść, a Ingar Johnsrud ma szansę stać się jedną z czołowych postaci wśród skandynawskich autorów kryminałów. Wyraźnie można dostrzec różnicę pomiędzy tą książką a jego debiutancką powieścią „Naśladowcy”, która momentami była zbyt chaotyczna i niespójna.

Johnsrud rozwija się jako autor, a to bardzo dobrze rokuje na przyszłość.

Ten post ma 3 komentarzy

  1. Dla mnie była to wyśmienita uczta kryminalna, napisana tak, że natychmiast się w niej odnalazłam, czekam teraz na pierwszy tom, który umknął mojej uwadze, a czuję, że i z nim powinnam jak najszybciej się zapoznać. 🙂
    Bookendorfina

  2. Mnie pierwszy tom mniej zachwycił. Sprawił wrażenie, jakby autor ścigał się z czasem i koniecznie musiał zawrzeć w nim wszystkie możliwe wątki. Ale to moje odczucie, niekoniecznie zgodne z odczuciami innych. 🙂

Dodaj komentarz

Close Menu