Gorycz wygranej – prequel Cienia Sprzedawcy Snów

Fritz Haarmann siedział na ławeczce przy grobie nieznanego mu mężczyzny i myślał. Nie było to łatwe zadanie, do tej pory bowiem nie zwykł obciążać głowy czymś tak skomplikowanym i wyczerpującym. Zajmował się drobnymi kradzieżami, nigdy niczego nie planując. Kradł, gdy nadarzała się okazja i uciekał, sprzedając później łupy za grosze. Kilka razy został klientem systemu penitencjarnego, gdyż odciski kojarzyły mu się tylko ze stopami i jeżeli nawet słyszał kiedyś o liniach papilarnych, to informacja ta uciekła mu z głowy szybciej niż się tam dostała.

Fryderyk Harmata pysznił się swoim przezwiskiem. Nikt z kumpli nie miał takiej fajnej ksywki. Nosić imię seryjnego mordercy, to było coś! Podnosiło znaczenie, zmuszało innych do szacunku. Nieważne, że nie miał pojęcia, czym Fritz Haarmann wyróżniał się spośród innych morderców, co czyniło go wyjątkowym. Wystarczała mu wiedza o tym, że wielokrotnie zabił.

Przez kilka tygodni chodził dumny jak paw i czuł się niezwyciężony. Do dzisiaj. W południe zaczepił go Capo, niekwestionowany król cieszyńskiego świata przestępczego.

Cześć, Harmata. Mamy do pogadania – oznajmił, ruszając w stronę pobliskiego ogródka piwnego. Nie sprawdził, czy Fryderyk za nim idzie. Nawet przez sekundę nie pomyślał, że mogłoby być inaczej. Kiedy usiedli, skinął na kelnerkę i zamówił dwa piwa. Dopiero gdy kobieta postawiła przed nimi szklanki wypełnione po brzegi złocistym płynem i odeszła, spojrzał na wyraźnie wylęknionego mężczyznę.

Słyszałem, że dorobiłeś się pięknej ksywki. Fritz Haarmann, Rzeźnik z Hanoweru. Wiesz chociaż, kto to był, ćwoku?

Wiem – odparł zapytany z wyraźną satysfakcją w głosie. – Seryjny morderca!

I co dalej? – indagował Capo.

Co ma być dalej? – zdziwił się Harmata. – Mordował i tyle.

A wiesz, ciulu jeden, że na ksywę trzeba sobie zasłużyć? Na mnie mówią Capo, bo jestem szefem. Na Wojtka Molina – Kluczyk, bo otwiera wszystkie zamki, a na Karola Jurczyka mówią Biedronka, gdyż ma u siebie na składzie więcej towaru, niż w hipermarkecie. Teraz trybisz, obsrańcu? Ty nawet kury nie zabiłeś, a chcesz, żeby cię wołali Haarmann?

Capo mówił długo. Połowa jego słów była dla Harmaty kompletnie niezrozumiała, jednak główne przesłanie do niego dotarło. Miał trzy dni na zmianę przezwiska lub wykazanie, że na nie zasłużył. Najgorsze było to, co Capo opowiedział mu o Haarmannie. Fryderyk mógł pogodzić się z gwałtami, morderstwami, piciem krwi, ćwiartowaniem zwłok i sprzedawaniem ludzkiego mięsa jako cielęciny, ale nie z faktem, iż ofiarami byli chłopcy! Kurwa mać, przecież nie był pieprzonym pedałem!

Zaraz po rozstaniu się z Capo poleciał do kumpli i zwierzył się ze swojego problemu. Chciał, żeby wymyślili mu inną ksywkę, ale nawet nie chcieli o tym słuchać. Ze względu na podobieństwo przezwisko pasowało do Fryderyka Harmaty wręcz idealnie, musiał więc je zachować i już. Pozostało tylko drugie wyjście. Koledzy wytłumaczyli Fritzowi, iż Capo przecież nie oczekuje, że on będzie robił dokładnie to samo, co Rzeźnik z Hanoweru. Wystarczy, żeby kogoś trochę pokroił. Najlepiej kobietę, bo baby mają mniej siły, no i można się przy okazji zabawić.

Harmata siedział, dumając, jak zabrać się za to zadanie. Nie był tytanem myśli, ale nawet on pojmował, że nie może tego zrobić w biały dzień, wśród tłumu. Musi znaleźć jakieś ustronne miejsce… Dla nienawykłego do myślenia mózgu całe te rozważania stanowiły wysiłek nie do zniesienia i umęczony Fryderyk zasnął. Gdy się ocknął, zapadł już wieczór, cmentarz powoli zaczynał tonąć w mroku. Mężczyzna wstał i przeciągnąwszy się leniwie, wolno ruszył ku wyjściu. Gdy dochodził do kontenerów na śmieci, usłyszał za sobą stukot obcasów. Spojrzał przez ramię. Dziewczyna była niska i szczupła. I bardzo ładna. Od dawna już nie był z kobietą. Pomyślał, jakby to było przyjemnie kochać się z taką ślicznotką, toteż bez zastanowienia zastawił jej drogę.

Cześć – zagadnął i chwycił ją za ramię. – Chcesz się zabawić? Mam kasę, możemy poszaleć.

Nieznajoma zmierzyła go pogardliwym spojrzeniem i jak nigdy dotąd stał się świadomy mankamentów swojego wyglądu. Był niskim, szczupłym mężczyzną o zniszczonej alkoholem, niechlujnie ogolonej twarzy. Resztki niedomytych włosów nie dodawały mu powabu, tak samo, jak przepocone ubranie i ubłocone buty. Widząc jej pogardę, poczuł gniew. Nie miała prawa patrzeć na niego jak na śmiecia. Był Haarmannem, a ona była nikim!

Sam nie wiedział, kiedy sięgnął po nóż. Dziewczyna okazała się zaskakująco silna, broniła się zawzięcie, odpychała go, jakby nie zauważając, że on ją rani. Uderzyła go w twarz, sprawiając, iż wściekłość prawie go oślepiła, a wszystkie myśli zastąpiła ta jedna: Zabić tę sukę, zabić, zabić!

Udało mu się trafić ją w brzuch. Krzyknęła i upadła, a on rzucił się na nią, przyciskając do ziemi swoim ciałem. Wyciągnął nóż z rany, uderzył ponownie. I jeszcze raz, i jeszcze… To było cudowne, nigdy dotąd nie czuł się tak niezwyciężony. I podniecony. Lewą ręką sięgnął do spodni, rozpiął je, zsunął, prawą ciągle zadawał ciosy. Próbował rozebrać swą ofiarę, lecz obcisłe dżinsy przylegały jak druga skóra. Szamotał się niecierpliwie, chcąc jak najszybciej wedrzeć się w to smukłe, młode ciało. Nie zdążył. Nieopatrznie dotknął ręką członka i teraz już nic nie mogło go powstrzymać.


Długą chwilę leżał, dysząc ciężko, wreszcie podniósł się, naciągnął spodnie i patrzył w zachwycie na martwą dziewczynę leżącą u jego stóp. Zrobił to! Zrobił i to było cudowne! Zanim odszedł, policzył zadane przez siebie rany. W domu zdjął zakrwawioną odzież, przebrał się i poszedł do pobliskiego sklepu. Kupił zeszyt, w którym skrupulatnie zanotował: „26.X.2007 piersza dziewczyna – 26 udeżeń nożem, nie rzyje”.


Leżała wciśnięta pomiędzy dwa kontenery na śmieci, częściowo przysypana zwiędłymi kwiatami i wypalonymi zniczami. Gdyby nie zamiłowanie do porządku, mogłaby tam leżeć jeszcze jakiś czas, nawet do chwili, gdy firma odpowiedzialna za odbiór odpadków przyjechałaby po śmieci. Przypadek sprawił, że wieniec zsunął się z przepełnionego kontenera. Wyrzucający go mężczyzna nie znosił bałaganu i schylił się, by podnieść wieniec, wszedłszy w lukę pomiędzy pojemnikami. Wtedy odkrył ciało.


Podkomisarz Procner z zaciśniętymi w wąską kreskę ustami wpatrywał się w zwłoki. Technik zakończył już swoją pracę i mogli wreszcie dokładnie przyjrzeć się denatce.

Broniła się – powiedział do kolegi. – Spójrz – wskazał na dłonie i przedramiona dziewczyny. Widniały na nich rany cięte, niektóre lekkie, nieledwie zadrapania, inne znów głębokie. Było ich dużo.

Dźgał na oślep, zamiast najpierw ją obezwładnić – odpowiedział Marcin. – Wiesz, myślę, że to chyba jakiś amator. Dziewczyna jest niska i szczupła, a jednak broniła się tak zaciekle, że nie mógł sobie z nią poradzić.

A słyszałeś, żeby w Cieszynie działał jakiś profesjonalista? Sierżancie Cieślar, naoglądaliście się za dużo filmów – Procner wolno cedził słowa, udatnie naśladując głos i sposób mówienia przełożonego. – Ona wygląda na wysportowaną. Jeżeli napastnik był niezbyt wysoki i niezbyt silny, mogła stawić dość skuteczny opór.

Marcin skinął głową i kucnąwszy koło ciała, długo mu się przyglądał.

Zobacz, Konrad. Wyrwał jej kolczyki. – Wskazał koledze rozerwane ucho. Procner kucnął obok, dłonią w rękawiczce delikatnie odgarnął na bok włosy i odsłonił szyję dziewczyny.

Łańcuszek też – stwierdził na widok cienkiego otarcia na skórze. – Nigdzie nie ma torebki, a nie wierzę, że istnieje kobieta zdolna wyjść z domu bez co najmniej tuzina rzeczy, których przeznaczenia normalny mężczyzna nigdy nie odgadnie.

Cieślar roześmiał się, ubawiony tym stwierdzeniem. Jego żona nigdy nie opuszczała domu bez torebki mieszczącej niezliczoną ilość dziwnych przedmiotów i ważącej, jego zdaniem, mniej więcej tyle, co worek kartofli.

Nic więcej tu nie zdziałamy. Niech ją zabiorą, a my wracajmy i zacznijmy dłubaninę – zdecydował Konrad.


Szef w milczeniu słuchał raportu Procnera, odezwał się dopiero wówczas, gdy ten skończył.

Dobrze, że tak szybko ją zidentyfikowaliście, tylko co dalej? Jesteś pewien, że nie miała żadnych wrogów?

Nigdy nie można być pewnym w stu procentach, ale myślę, że ci ludzie mówią prawdę. To była ogólnie lubiana dziewczyna, wesoła i bezkonfliktowa. Nikt nie miał powodu, by źle jej życzyć. Wszystko wskazuje na to, że została zabita pod wpływem impulsu, a może facet z początku wcale nie planował zabójstwa, tylko gwałt, lecz sprawa wyrwała mu się pod kontroli? Nie zgwałcił jej, ale są ślady wskazujące na to, że próbował ją rozebrać. Zostawił spermę na jej ubraniu, czyli podnieciło go to, co robił. Czekamy na wyniki badań DNA, niestety trochę to potrwa. Mamy też próbki włókien i odciski palców, pozostawione na pasku, ale widocznie to debiutant, bo nie ma ich w bazie. A przydałoby się, bo pewnie niedługo znowu się na nie natkniemy.

Myślisz, że to polubił i zaatakuje ponownie? Jeszcze tego nam, kurwa, brakowało! Dobra, szukaj dalej. Dobierz sobie, kogo chcesz i do roboty.

Już dobrałem. Marcin Cieślar był ze mną na oględzinach, później też działaliśmy razem.

Czy to na pewno dobry wybór? On robi oficerkę, a dłubanie w sprawie jest absorbujące.

Za to ja nie będę musiał tracić czasu na ciągłe tłumaczenie, czego chcę – odparował Konrad. Jego ciemnoszare oczy błysnęły zimnym blaskiem. – Znamy się od podstawówki i rozumiemy bez słów, poza tym sam pan powiedział, że wybór należy do mnie.

Wstali obaj równocześnie i starszy stopniem mężczyzna natychmiast usiadł ponownie. Nie znosił Procnera, który z racji swojego wzrostu znacznie nam nim górował. Górował też inteligencją i lodowatym spokojem, co przełożonego nieodmiennie wyprowadzało z równowagi.

No to bierzcie się za sprawę – powiedział i dodał złośliwie. – Nie będziesz miał teraz czasu dla narzeczonej, nie boisz się, że znajdzie sobie innego?

Jeżeli tak się stanie, będzie to znaczyło, że się pomyliłem w jej ocenie – odparł podkomisarz. – Ale moje życie osobiste chyba nie ma związku ze służbą, prawda? Niech więc pozostanie osobistym.

Skinął głową na pożegnanie i wyszedł, rozmyślając o słowach szefa, zwanego przez podwładnych Krykietem. Nie mogli przezwać go Palantem, choć w pełni na to zasługiwał, bo gdyby się o tym dowiedział, kazałby im drogo za to zapłacić. Marcin wymyślił Krykieta i trafił bezbłędnie.

Ostatnio Konradowi nie układało się z Grażyną najlepiej. Różnili charakterem i zainteresowaniami i z racji tego nieraz dochodziło między nimi do sprzeczek. Nie byli też specjalnie dopasowani pod względem upodobań seksualnych. Ona należała kobiet o chłodnym temperamencie, prócz tego była nieco pruderyjna. Stosunek w klasycznej pozycji przy zgaszonym świetle i żadnych erotycznych zabaw było wszystkim, na co się zgadzała. On chciał więcej, ale akceptował jej zdanie. No bo co niby miał zrobić?

Westchnąwszy z rezygnacją, odsunął od siebie myśli o narzeczonej. Teraz najważniejsze było odnalezienie nożownika, a ona będzie musiała się z tym pogodzić.


Harmata wytrzymał tydzień. W nocy śniła mu się dziewczyna z cmentarza, słyszał jej rozpaczliwe jęki, czuł pod sobą jej ciało. Budził się oszalały z podniecenia i masturbował się, wyobrażając sobie, że jest z nią. Szybko jednak przestało mu to wystarczać, spełnienie nigdy nie było takie całkowite, tak oszałamiające. Chciał przeżyć to znowu. Należało mu się, był przecież Fritzem Haarmannem, seryjnym mordercą!

Wybrał zapuszczony zaułek w przygranicznej części Cieszyna. Nie czekał długo. Tym razem kobieta była starsza i nie tak drobna, jak jej poprzedniczka, lecz on się nie zawahał. Czuł się niezwyciężony, poza tym rozumiał już, że nie powinien atakować od frontu. Gdy go minęła, wybiegł zza dającej mu osłonę ciężarówki. Doskoczył do kobiety i zanim zdążyła się obejrzeć, wbił jej nóż w plecy. Celował w nerki, nie chcąc, by umarła od razu. Chwycił pod ramiona osuwające się ciało i pociągnął w stronę samochodu. Była cięższa, niż się spodziewał, ale adrenalina dodała mu sił.

Było mu łatwiej niż poprzednio, kobieta bowiem miała na sobie sukienkę i pończochy. Zdarł z niej majtki i, dźgając nożem na oślep, próbował wedrzeć się w jej ciało. Znowu nie zdążył. Orgazm był niesamowity, niemal pozbawił go przytomności. Harmata długo nie mógł dojść do siebie, wreszcie ukląkł i przyjrzał się swojemu dziełu. Było piękne. Policzył rany, wstał, jeszcze raz obrzucił wzrokiem kobietę i odszedł.


Tym razem trzydzieści trzy!

Co, trzydzieści trzy? – Marcin spojrzał na Konrada ze zdziwieniem.

Rany. Poprzednio było dwadzieścia sześć, z czego połowa to rany obronne. – Teraz obronnych nie było, bo zaszedł ją od tyłu. Skurwysyn ewoluuje.

Doszło do penetracji?

Nie, chyba znowu nie zdążył. Albo za bardzo się nakręca przy robocie, albo ma problem z przedwczesnym wytryskiem. Gdzie by nie leżała prawda, nie zmienia to faktu, że dalej nic nie mamy. Zero podejrzanych.

Ta kobieta była Czeszką. Może jest jakieś powiązanie tej pierwszej z Czechami?

Możesz sprawdzić, ale nie sądzę, by to coś dało. Dostałem informacje od kolegów zza Olzy i wychodzi na to, że to kolejna przypadkowa ofiara. – Konrad potarł piekące ze zmęczenia oczy. – Udało ci się dowiedzieć czegoś od informatorów?

Nikt nie wie, kto mógłby być sprawcą. Żaden z tych, co przeszli na ciemną stronę, nie miał nigdy skłonności do nadmiernego machania ostrymi przedmiotami. Lekko dziabnąć dla ostrzeżenia, owszem, ale nie żeby zabić. Ogólnie panuje opinia, iż ktoś ześwirował. Tak sobie myślę, że chyba miałeś rację – powiedział Marcin wolno. – Za pierwszym razem może nie miało być aż tak, ale się zapędził. I tak mu się spodobało, że zrobił to ponownie, co oznacza, że będą następne.

Też tak uważam. Minęły dwa tygodnie od pierwszego morderstwa, niecały tydzień od drugiego. Czyli już niedługo znowu zaatakuje, a my dalej nie wiemy, kim jest.

Marcin wstał i ruszył ku drzwiom. Sięgał już do klamki, lecz zrezygnował i zawrócił.

To może być ktoś bez kartoteki, świeżak w robieniu przestępczej kariery, ale możliwe jest też, że to jeden ze starej kadry i że gościł u nas jeszcze przed wprowadzeniem AFIS. Poszukać w papierkach, czy odpuszczamy? – zapytał Marcin, nie chcąc podejmować działania bez zgody Procnera. Sam uważał, że powinni sprawdzić ten trop, lecz to podkomisarz był odpowiedzialny za śledztwo i mógłby uznać samowolne poszukiwanie informacji za marnowanie cennego czasu.

A co, może jeszcze spytasz mnie o pozwolenie, czy wolno ci się odlać? – prychnął Konrad. – To chyba oczywiste, że trzeba sprawdzić. W Cieszynie nie ma znowu aż tak wielu przestępców, jest szansa, że trafisz.


Za trzecim razem Harmata wybrał park. Czekał, zaczaiwszy się późnym wieczorem za rozłożystym krzakiem. Przechodniów nie było wielu, pora roku i dnia nie zachęcała do spacerów. Pozwolił przejść dwom chichoczącym nastolatkom, potem starszej, obładowanej siatkami kobiecie. Coraz bardziej się niecierpliwił. Był podniecony samą myślą o tym, co niedługo będzie robić, lecz jak na złość nie pojawiał się żaden odpowiedni obiekt. Czas mijał, a on stał za krzakiem w pełnym gotowości oczekiwaniu.

Wreszcie ją zobaczył. Wysoka, zgrabna blondynka szybkim krokiem szła w jego stronę. Gdy zrównała się z krzakiem, wyskoczył i uderzył w brzuch, zapomniawszy, że ma atakować od tyłu. Nie spodziewając się ataku, nie zdążyła się zasłonić, a przerażający ból pozbawił ją przytomności. Nauczony doświadczeniem, postanowił najpierw rozebrać swą zdobycz. Była piękna i chciał skończyć w niej, naznaczyć ją sobą. Poruszyła się, gdy ściągał z niej spodnie, więc nie miał innego wyjścia, jak uderzyć znowu. To wystarczyło, by opanowanie prysło. Kwiląc z żądzy, ponownie zadał cios.


Konrad szedł przez park, rozmyślając o narzeczonej, nieumiejącej pogodzić się z faktem, iż nagle znalazła się na drugim miejscu, a na prowadzenie na liście priorytetów podkomisarza wyszedł zabójca. Zdecydował, że najwyższy czas na poważną rozmowę. Nigdy nie wtrącał się do jej pracy i nie obrażał, gdy z racji obowiązków służbowych nagle odwoływała spotkania, dlaczego więc nie chciała zrozumieć jego sytuacji?

Nagły odgłos przywołał go do rzeczywistości. To było coś jak jęk i dobiegło zza pobliskiego krzaka. Zaintrygowany, skręcił z alejki, i spojrzawszy przez gęste gałęzie, zobaczył leżącą bezwładnie kobietę. Klęczący nad nią mężczyzna usiłował jedną ręką zedrzeć z niej spodnie. Druga ręka, uzbrojona w nóż, właśnie się uniosła, by zadać cios.

Nie zawahał się ani przez sekundę. Nie myślał o tym, że nie ma przy sobie broni i to daje tamtemu przewagę. Po prostu skoczył.

Napastnik jęknął i zwalił się na ziemię obok ciała dziewczyny, gdy pięść trafiła go prosto w twarz, ale nie wypuścił noża. Normalnie nie byłby dla podkomisarza żadnym przeciwnikiem, przy ponad stu dziewięćdziesięciu centymetrach wzrostu i wyrobionych mięśniach policjant miał nad nim zbyt wielką przewagę fizyczną, lecz teraz tamten był we władaniu dodającej sił żądzy. Machał nożem jak oszalały i Konrad nie potrafił przebić się przez tę zasłonę lśniącej stali. Udało mu się kilka razy uderzyć przeciwnika, lecz ten jakby tego nie zauważał. Nóż zamigotał ponownie. Procner cofnął się, potknął i upadł na plecy. Szalony nożownik doskoczył, chcąc zakończyć sprawę ciosem w serce, nie docenił jednak zwinności policjanta, który właśnie wtedy zaczął się podnosić. Nóż, zamiast w pierś, trafił w twarz, przecinając lewy policzek od kącika oka aż po brodę.

Potworny ból na moment zamroczył Konrada. Pokręcił głową, chcąc pozbyć się oszołomienia i wtedy dostrzegł obok jakiś ruch. Dziewczyna żyła jeszcze, jęcząc cicho, przyciskała dłonie do brzucha. Spod palców wypływała krew. Ten widok go zmobilizował. Jeśli chciał, by ocalała, musiał obezwładnić przeciwnika i musiał zrobić to szybko, zanim ona się całkiem wykrwawi.

Gwałtownym skrętem ciała podbił zabójcy nogi, przewracając go na ziemię. Chwilę tarzali się bezładnie, potem tamten zaczął słabnąć. Konrad bezlitośnie wykorzystał swą przewagę, uderzając raz za razem w twarz przeciwnika. Oczy zasnuwała mu mgła wściekłości, nie docierały do niego krzyki policjantów z patrolu, których ktoś zawiadomił o bójce na terenie parku, a gdy próbowali go obezwładnić, jednym ruchem strząsnął przytrzymujące go ręce. Dopiero głośny jęk rannej dziewczyny sprawił, że wróciła mu zdolność myślenia. Opuścił podniesioną do uderzenia pięść, spróbował wstać i wówczas ponownie poczuł ból. Usta miał pełne krwi. Ten metaliczny smak sprawił, że dopadły go mdłości. Zdążył pomyśleć, iż powinien zdecydować, czy woli się porzygać, czy raczej zemdleć i stracił przytomność.


Grażyna patrzyła na Procnera z obawą, której nie potrafiła ukryć. Znał ten wzrok, jak również i kurczowe zaciskanie dłoni. Tak było za każdym razem, gdy przychodziła go odwiedzić. Wiedział, czego się bała.

Rano zdjęli mu szwy. Zerknąwszy na ohydną bliznę, szpecącą i tak niezbyt przystojną twarz, skrzywił się lekko i odłożył lusterko. Podświadomie czuł, że szalony Harmata zafundował mu drogę do piekła.

Teraz miał się przekonać, czy przeczucia były słuszne. Powoli odlepił plaster, odsunął gazę. Grażyna spojrzała na zraniony policzek i zaraz odwróciła twarz, jednak nie dość szybko, by nie zdążył dostrzec na jej twarzy obrzydzenia. Wstała.

Muszę lecieć do pracy – powiedziała, nie patrząc mu w oczy. – Przyjdę jutro.

Nie przyszła, przysłała za to brata, który bez słowa wyjaśnienia wręczył Konradowi kopertę i wyszedł.

Tak będzie lepiej – przeczytał podkomisarz głośno i wpatrzył się w dłoń, na której lśnił zaręczynowy pierścionek. Przymknąwszy powieki, leżał oparty o wezgłowie łóżka, a przed oczami stała mu twarz Grażyny, jej pełne odrazy spojrzenie i skrzywione w grymasie przerażenia usta. Otworzył oczy, wstał i cisnął pierścionkiem za okno.


Miałeś rację. – Marcin przysiadł na skraju łóżka. – Było dokładnie tak, jak mówiłeś. Pierwszą chciał tylko postraszyć, zranić, lecz zaczęła się bronić. Stracił panowanie nad sobą, zaczął uderzać na oślep, a potem mu się spodobało. Jak tam wewnętrzni? Dali ci już spokój?

Tak, wreszcie się odpieprzyli, choć był taki moment, gdy już byłem pewien, że mnie pogrzebią. W sumie mieliby rację, bo nie da się ukryć, że użyłem nadmiernej siły. Puściły mi nerwy, całkiem jak wtedy, kiedy ci dowaliłem. – Konrad spojrzał na przyjaciela nieco niepewnym wzrokiem.

Pamiętam! – Cieślar roześmiał się na wspomnienie zdarzenia z lat szkolnych. – Ale temu zbokowi się należało. Każdy z nas o tym wie, dlatego chłopaki z patrolu zeznawali na twoją korzyść. Podobno ta ranna dziewczyna też. Wewnętrzni mogą się walić. Niechby popracowali trochę w normalnej służbie, to od razu by im się odmieniło. Użycie nadmiernej siły, też coś! Szkoda, że tamci cię powstrzymali, byłoby o jednego skurwysyna mniej. Tym bardziej że trafiłeś na niego przypadkiem, więc nikt by nie wiedział, że to ty go wyłączyłeś.

Procner uśmiechnął się półgębkiem, bo zraniona twarz jeszcze go bolała.

Pierdolisz jak po lobotomii! Jak cię usłyszy któryś ze szpicli, to sam będziesz mieć problemy przez takie gadanie. – Zamilkł na chwilę, potem umyślnie zmienił temat, bo jeszcze teraz na wspomnienie policjantów z BSW trzęsła nim złość. – Będzie tu nudno bez ciebie, kiedy będziesz w tej swojej szkółce! Jutro wyjeżdżasz?

Marcin potwierdził skinieniem głowy i spytał, nie mogąc opanować ciekawości.

Co Grażyna na to wszystko? Pewnie jest z ciebie cholernie dumna?! Przecież wygrałeś, dorwałeś mordercę!

Zerwała zaręczyny – odpowiedział Konrad całkowicie wypranym z emocji głosem. – Ale masz rację. W sumie chyba wygrałem.

Ten post ma 3 komentarzy

  1. Ach… "Gorycz…". Tekst, który sprawił, że boję się chodzić po zmroku przez parki. Już Ci kiedyś słodziłam o nim, więc może tym razem się powstrzymam 😉
    Przy okazji, mój "Cień…" na Gwiazdkę już pewny, teraz tylko przetrzymać jakoś do Wigilii i można pochłaniać! Dawno tak nie czekałam na książkę, powiadam Ci.
    Pozdrawiam cieplutko
    ~ Scatty

  2. Haniu cieszę się, że ciebie poznałam choć tylko wirtualnie:). Widać u ciebie dobry warsztat, który jest zasługą wielu przeczytanych przez ciebie książek:)) I cieszę się, że dzięki znajomym ze śląska wiem, kto to jest ciul:))) Pozdrawiam

  3. Ha, ha! Ciul to u nas bardzo poręczne słówko, niesie ogromny ładunek znaczeniowy.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Close Menu